16 June 2023 2 pictures of Kacper Tekieli. Recent images. Hot! View the latest Kacper Tekieli photos. Large gallery of Kacper Tekieli pics. Movie posters. Stills.
Combine Editions. Average rating: 3.94 · 500 ratings · 69 reviews · 13 distinct works • Similar authors. Czuję. Zawrót głowy. by. W.G. Sebald, Małgorzata Łukasiewicz (Translator), Małgorzata Lebda (Afterword) really liked it 4.00 avg rating — 5,205 ratings — published 1990 — 62 editions.
Q11799045 ? (2016) Q11747866 ? (2016) Gdynia Literary Prize d (2018) Wislawa Szymborska Award d (2022) Медіафайли у Вікісховищі Малґожата Лебда (пол. Małgorzata Lebda ; 1985 , Новий Сонч) — польська поетка, науковець, фотограф.
Kacper Tekieli nie żyje - poinformował portal dts24.pl. Polski wspinacz, a prywatnie mąż Justyny Kowalczyk-Tekieli, zginął w Alpach. Miał 38 lat. Tragiczna informacja dotarła do nas w
Kacper Tekieli nie żyje. Mąż Justyny Kowalczyk zginął w Alpach, mając zaledwie 38 lat. Kacper Tekieli nie żyje - taką tragiczną wiadomość w czwartkowy poranek podał serwis portal DTS24.pl. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że mąż Justyny Kowalczyk zginął w Szwajcarii, gdzie miał przebywać razem z żoną i synkiem.
Tekieli on 'Direttissima Mięgusza' in 2021. Photo: Screenshot. Kacper Tekieli died May 17 while climbing Switzerland’s 4,158m Jungfrau. Polish outlet wspinanie reported that an avalanche swept the 38-year-old athlete off the mountain, as he attempted to descend it on a snowboard. Tekieli had received Piolet d’Or nominations for his
How to say Kacper Tekieli in English? Pronunciation of Kacper Tekieli with 1 audio pronunciation and more for Kacper Tekieli.
W czwartek media obiegła informacja o tragicznej śmierci Kacpra Tekielego, jednego z najbardziej znanych polskich alpinistów i męża Justyny Kowalczyk. Zginął
Gdańsk był jego rodzinnym miastem, ale Kacper Tekieli ukochał góry i to im podporządkował swoje życie. Zginął w ukochanych górach. W Alpach byli z nim żona i synek. Tekieli prowadził tam projekt zdobycia wszystkich 82 czterotysięczników. Pasję dzieliła z nim żona Justyna Kowalczyk-Tekieli (40 l.). Pobrali się w 2020 r. w
Zamieściła poruszający wpis - Wiadomości. Pierwsza żona Tekielego jest znaną poetką. Zamieściła poruszający wpis. Polskimi mediami wstrząsnęła wczoraj wieść o tragicznej śmierci 38-letniego Kacpra Tekieli. Alpinistę pożegnała w mediach społecznościowych także pierwsza żona alpinisty, poetka Małgorzata Lebda.
jygQPS. Nie ścigam się z nikim, bo nie rywalizacji szukam w bieganiu, a spokoju, harmonii, uważności. Jeśli coś ma mi podnieść ciśnienie, to wolę, żeby to był orzeł bielik kołujący nad głową, nie wyprzedzanie rywali. Bolechowice zamiast Połańca Czwarty sierpnia 2020 roku, pogoda w Bolechowicach zmienna: słońce, po chwili uderza deszcz. Parno. Otwieram stronę internetową z prognozą pogody. W Połańcu dwadzieścia osiem stopni, burzowo. Sprawdzam pogodę w południowo-wschodniej Polsce nie bez przyczyny. To tam powinnam – wedle ustaleń z początku roku – dzisiaj być. W ciepłym, słonecznym styczniu rozpisywałam trasę mojego biegu wzdłuż Wisły. To wtedy, przesuwając palcem po linii największej z naszych rzek, liczącej tysiąc czterdzieści siedem kilometrów, zapisałam, że czwartego sierpnia powinnam dotrzeć do Połańca (byłby to około trzysta pięćdziesiąty kilometr biegu). Dzisiaj mamy 153. dzień epidemii, Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 680 nowych przypadkach zakażenia koronawirusem w Polsce. Jak do tej pory to rekord. Podejrzewam, że kiedy będziecie czytać ten esej, liczby mogą być bardziej zatrważające. Pewnie nie tylko dla mnie ten sierpień – co ja mówię – to półrocze jest czasem zatrzymania, zwolnienia obrotów, ale może to tylko dzieje się w głowie, bo ciało i tak idzie w bieg. Zakładam buty i wykorzystuję okno pogodowe nad wsią. Jeśli w jakiś sposób mogę zrekompensować sobie fakt, że mój plan przebiegnięcia od źródła Wisły do jej ujścia musiał zostać przesunięty o rok, to z pewnością ruchem. Wychodzę na ganek ponad stuletniego domu, wciągam powietrze w płuca – pachnie jak w mojej rodzinnej wsi w Beskidzie Sądeckim. Słońce zasłaniają chmury, ciało przyjmuje tlen, wybiegam. Najpierw ulicą Nad Potokiem i dalej w górę, żeby po kilku minutach znaleźć się przy Bramie Bolechowickiej. Tu, przy wejściu do doliny, po mojej lewej stronie króluje Filar Pokutników, po prawej Filar Abazego – widok, który rozpala wyobraźnię i każe przygotować sobie po powrocie buty wspinaczkowe na następny dzień. Dlaczego biegasz? Przyjemność? Pytają mnie często z niedowierzaniem ludzie. Są nieufni wobec moich zapewnień, „że tak, że przyjemność”. Trudno znaleźć mi na to inne słowo. Przyjemność, tak. Biegam od zawsze, odkąd pamiętam, i o ile pierwsze biegi były związane z prozaicznymi rzeczami, które były moimi obowiązkami w rodzinnym gospodarstwie, to w dorosłym życiu jest już to ruch związany niemal wyłącznie z przyjemnością. Dorastając na wsi, w pagórkowatych terenach Beskidu, codziennie byłam (wraz z rodzeństwem) w nieustannym przemieszczaniu się. Należało być szybkim i zwinnym, to zapewniało bezpieczeństwo. Kto nigdy nie uciekał przed sforą bezpańskich psów, wałęsających się po polnych drogach, nie wie, ile można zawdzięczać bieganiu (i szybkiemu wspinaniu się na drzewa). Wracam myślami do czasu dorastania. Próbuję sobie wyobrazić, co mogłam robić czwartego sierpnia, kiedy jeszcze mieszkałam na wsi, powiedzmy wtedy, kiedy miałam siedem lat? Musiałby to być czwarty sierpnia sprzed dwudziestu ośmiu lat (aż tyle?). Zatem 1992 rok, sprawdzam: to wtorek. Poranek – tak to sobie przywołuję – jest chłodny. Dolina mojej wsi przynosiła nieciepłe, wilgotne poranki, aby wraz z upływem godzin i przesuwającym się słońcem nabierać temperatury. Tata budzi mnie i wiem, że to moja kolej, aby pójść ze zwierzętami w górujące nad wsią pola. Ze stajni wychodzą duże, tłuste krowy. Każda z nich ma swoje imię, są z nami od wielu lat. Gnam je w górę wzgórza, przeprowadzam przez brzezinę, kontroluję ich ruchy. Możliwe, że umiejętności biegowe, wykształcone właśnie przez aktywność wokół zwierząt, leżą u podstaw mojej obecnej siły biegowej. Bieg jako – wtedy – obowiązek, a teraz przyjemność. Sposób na życie. Filozofia ruchu. Powrót do natury Są miejsca i biegi, których się nie zapomina. Jak ten sprzed kilku lat w stanie Wyoming w USA. Wybiegłam z pola namiotowego rozbitego nieopodal Devils Tower w momencie, kiedy słońce odrywało się od horyzontu. Letnie powietrze już o tej porze rozpalało płuca. Przed moimi oczami majaczył ten cud przyrody, to ciało skalne powstałe sześćdziesiąt pięć milionów lat temu z zastygłej w głębi skorupy ziemskiej magmy, która przedostała się pomiędzy starsze skały. Biegnąc, myślałam o tym, co działo się tu miliony lat temu, a jednocześnie obserwowałam, w jaki sposób na mojej skórze skraplała się wilgoć poranka, która znikała, kiedy tylko słońce docierało na jej powierzchnię. Sosnowy las otaczający Mato Tipila (tak w języku dakota brzmi nazwa skalnej wieży) przynosił ukojenie. Czułam obecność zwierząt, miałam wrażenie, że w czasie, kiedy przebiegam nieopodal nich, zatrzymują w głębi lasu swoje ruchy, zastygają, zastanawiając się, czy dźwięk, który niosę, przynosi spokój czy niebezpieczeństwo. Mulak białoogonowy musiał uznać moje płynne, zwierzęce przecież ruchy ciała za przyjazne – wyszedł z zarośli i stanął na środku ścieżki. To musiał być samiec, ważył – na oko – dziewięćdziesiąt kilogramów, jego ciało pokrywała sierść w kolorze czerwieni przechodzącej w brąz. I oczy: ciemne, czujne, uważne, otoczone białą obwódką, która podkreślała kirowy kolor. Poświęcił mi na tyle dużo uwagi, że zauważyłam jeszcze jego delikatne ruchy żuchwą. Był piękny. Zniknął w gąszczu, pokazując jeszcze tylko biały spód ogona. Biegłam dalej, robiąc przy tej okazji cztery okrążenia wokół wieży. Wspinacze dotykali bazaltowych ścian. Mówili w różnych językach, udało mi się zarejestrować: angielski, polski, czeski i jakiś – z pewnością – z rodziny tych skandynawskich. Wieża zapierała dech w piersiach, kiedy podnosiłam na nią wzrok, musiałam zwalniać, przykuwała całą moją uwagę. Jedna z legend, ta pochodząca od ludu Kiowa, głosi, że siedem dziewczynek z tego plemienia bawiło się i zostało zaatakowanych przez potężne niedźwiedzie. Uciekając, zaczęły modlić się do Wielkiego Ducha, który w odpowiedzi na to podniósł grunt pod ich stopami, tworząc skalną wieżę. Charakterystyczne ukształtowanie ścian jest – według ludowego podania – efektem uderzeń niedźwiedzich pazurów w skałę. Zachwyt. Po kilkudziesięciu kilometrach, chłodząc ciało w rzece Belle Fourche, myślałam o tym, jak dobry jest ruch, który zbliża do natury. Przypominam sobie teraz i inny bieg, mniej egzotyczny, bo nie o egzotykę tu chodzi. Toruń, kilka lat temu, to tam nocuję po jednym z moich literackich spotkań autorskich. Rankiem zakładam buty i biegnę wzdłuż Wisły. Rzeka mieni się srebrem, jakby rozlano tu rtęć. Po kilku kilometrach zatrzymuje mnie wysoki, nosowy, kraczący dźwięk. Rozpoznaję śmieszki, ptaki z rodziny mewowatych – żerują, brodząc w płyciźnie rzeki. Światło poranka roziskrza ich ciała w taki sposób, że chyba mogę – ponownie – mówić o pięknie. Zatem przyjemność, o której mówię w kontekście biegania, nie wiąże się tylko z przyjemnością ciała, z tym, że w czasie ruchu mięśni można zrównoważyć sobie pracę myśli (szczególnie jeśli codziennym zajęciem jest praca naukowa na uniwersytetach). Przyjemność, o której mówię, dotyczy również tego wszystkiego, co daje biegaczowi mijany świat, i nie musi to być bieg w zamorskich rejonach, to może być ta spotkana na toruńskim odcinku Wisły pospolita mewa śmieszka. Możliwe, że bieganie (ruch w ogóle) otwiera na proste epifanie, te płynące z wnętrza biegacza i z otaczającej go natury. Jest jeszcze i to – praca pamięci wydobywana przez pracę ciała. Rebecca Solnit w swojej znakomitej książce Zew włóczęgi[1] pisze: „Pamięć, wzorem umysłu i czasu, jest nie do pomyślenia bez wymiaru fizycznego, a uzmysłowienie jej sobie w postaci fizycznej przestrzeni wymaga obrócenia jej w krajobraz, w którym zmieszczą się jej treści, gdyż tylko to, co umiejscowione, może zostać uchwycone. Słowem, jeśli pamięć wyobrazić sobie na kształt jakiejś rzeczywistej przestrzeni – miejsca, teatru, biblioteki – to akt przypominania sobie stanie się w wyobraźni aktem rzeczywistym, czyli czynnością fizyczną: chodzeniem”. Zatem ruch jako katalizator wspomnień, który angażuje pamięć, myśli. Z kim się ścigam? Jednym z najważniejszych odkryć dotyczących biegania, odkryć, które przyszły do mnie w czasie biegu na sto dwadzieścia kilometrów we włoskich Dolomitach (Lavaredo Ultra Trail), było uzmysłowienie sobie, że nie muszę się z nikim ścigać. W książce Dajcie im popływać[2] autorstwa założyciela marki Patagonia, Yvona Chouinarda, mówi on o tym, że jest 80-procentowcem – to znaczy, że w każdą nową pasję wchodzi nie na pełne 100 procent. To pozwala mu cały czas robić rozmaite rzeczy, rozwijać nowe zainteresowania, a także chroni przed obsesją i dochodzeniem do granic czy ich przekraczaniem w jednej dziedzinie. Wydaje się to rozwiązaniem bezpiecznym i pozwalającym na czerpanie maksymalnej przyjemności z danej aktywności – a jak już wspomniałam, przyjemność jest tu kluczowa. Ale wtedy, w palącym słońcu, nie myślałam jednak o przyjemności. Niefortunne okoliczności sprawiły, że w połowie biegu nie dostałam swojego przepaku, który dotarł do mnie dopiero na setnym kilometrze. Lavaredo Ultra Trail przyniósł mi fizyczny ból i po raz pierwszy myśl o tym, że zbliżam się do niebezpiecznej granicy, że może powinnam zejść z trasy. Przekonałam się równocześnie, że jestem silna, uparta i – uwaga – błyskotliwa, jak wtedy, kiedy przed ostatnim leśnym odcinkiem, tracąc ciepło, napełniłam camelbak gorącą herbatą, która grzała moje wyczerpane ciało przez ostatnie kilkanaście kilometrów, aż do mety. Mówi się o tym biegu, że tak naprawdę zaczyna się on od setnego kilometra. Ten start przyniósł mi też niebywały spokój i umiejętność przechodzenia na równy oddech, który wykorzystuję już nie tylko w bieganiu, ale i w stresujących momentach codziennego życia. Najważniejszym odkryciem było jednak to, że zaliczam się do 80-procentowców – nie ścigam się z nikim, bo nie rywalizacji szukam w bieganiu, a spokoju, harmonii, uważności. Jeśli coś ma mi podnieść ciśnienie, to wolę, żeby to nie były momenty wyprzedzania rywali, tylko orzeł bielik kołujący nad głową. Las jako stan umysłu Dolinę Bolechowicką przesłania mgła. To już końcówka dwudziestokilometrowego treningu. Ściemnia się, wybiegam z lasu, wchodzącego w skład rezerwatu przyrody Wąwozu Bolechowickiego. Ziemia oddaje ciepło, tak samo, jak moje ciało. W górnej części lasu spotkałam lisa. Spojrzał mi w oczy (tak!). Las, przez który biegłam, przypominał mi ten tatrzański – można spotkać tu świerki, jodłę, szarą olchę. Myślę o przyszłorocznym biegu wzdłuż Wisły: na jakim odcinku trasy będę czwartego sierpnia 2021 roku? Jaka pogoda złapie mnie w Połańcu? Ile przyjemności i ile bólu będzie za mną, a ile przede mną? Możliwe, że będzie już po wszystkim. Przed domem ściągam buty i skarpety, zanurzam nogi w potoku Bolechówka. Jest krystalicznie czysty i krystalicznie – jeśli temperatura mogłaby mieć kolor – zimny. Zamykam oczy, próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: o czym myślę, kiedy biegnę?[3] Myślę o świecie, o nas w tym świecie, o ściągniętym przed chwilą z nadgarstka kleszczu, o słyszanym podczas biegu dwusylabowym odgłosie ptaka (to musiał być derkacz), o tym, że nadchodzi noc i będzie to noc burzowa. Na ganku witają mnie psy: Sonia i Łatka. Obwąchują mnie, jakby zwęszyły lisa. Małgorzata Lebda [1] Rebecca Solnit, Zew włóczęgi, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018, s. 121-122. [2] Zob. Yvon Chouinard, Dajcie im popływać. Historia przedsiębiorcy mimo woli, Wydawnictwo Mayfly, Warszawa 2011. [3] Parafrazuję tu tytuł książki Haruki Murakamiego O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2010.
Justyna Kowalczyk jakiś czas temu przeżyła prawdziwe piekło. Nieszczęśliwa miłość, poronienie... Na szczęście czas wyleczył jej rany. Dziś jest szczęśliwa i ma u boku przystojengo bruneta. Kto to taki?Justyna Kowalczyk jakiś czas temu straciła głowę dla dziennikarza TVP, ale bardzo się zawiodła. Uczucie legło w gruzach. Mężczyzna był żonaty, a Justyna zaszła z nim w ciążę. Tuż przed igrzyskami w Soczi straciła Justyna Kowaczyk znów zszokowała norweskich dziennikarzy. Co tym razem zrobiła? Tak, byłam w ciąży. Straciłam moje Dzieciątko – powiedziała w jednym ze szczerych mimo obietnic nie odszedł od żony. Za tamten romans Justyna zapłaciła depresją i załamaniem. Brała leki, kompletnie się było myślenie, że nie chcę żyć – powiedziała Justyna Kowalczyk z dramatycznym apelem ” To jest nieludzkie”Teraz jej życie na nowo nabrało barw. Justyna znów się zakochała! Niedawno opublikowała zdjęcie z tajemniczym brunetem. A gdy internauci pytali, czy uprawia wspinaczkę „free solo” ona szybko odpowiedziała:Ani free, ani zdjęciem posypały się komentarze pełne szczęście na waszych twarzach!Chyba znalazła Pani bratnią duszęUśmiechy identyczne!To Kacper Tekieli. Alpinista i instruktor wspinaczki swoją pasją szybko zaraził gwiazdę sportu. Urodził się w Gdańsku, a obecnie mieszka w 20 latach w rozjazdach największą pokusą jest własny dom. Może warto się zatrzymać i zobaczyć, jak wygląda normalne życie – mówiła niedawno Justyna nadzieję, że trafiła właśnie na mężczyznę życia, z którym założy dom, o którym Justyna Kowalczyk zasłabła na zawodach Tour de Ski. Mistrzyni została przewieziona do szpitalaJustyna Kowalczyk z nowym partneremJustyna Kowalczyk jest blondynkąJustyna Kowalczyk
– Istotą wspinania jest współpraca, partnerstwo, poświęcenie, rozumienie potrzeb drugiej osoby. Jest lista celów każdej wyprawy: wrócić w komplecie, jako grupa przyjaciół, a dopiero kolejne to cele sportowe. Podzielam ten pogląd. Samo wejście na szczyt, ukończenie drogi czy odwrót kilkadziesiąt metrów przed szczytem to indywidualne wartości ważne dla nas czy naszych ambicji. Natomiast wydaje mi się, że jedzie się po to, żeby próbować, spędzać tam czas, wspinać się. Sam fakt wspinania, bycia “w drodze” najważniejszy – opowiada Kacper Tekieli*, himalaista i alpinista, instruktor wspinaczki sportowej. Fot. Renata Dąbrowska JAKUB KNERA: Urodziłeś się nad morzem. Co zachęciło cię do wspinania po górach? KACPER TEKIELI: Jeżdżenie z rodzicami na narty w góry w młodości. To nie miało nic wspólnego ze wspinaniem, ale sam górski klimat i otoczenie, przyroda, zachęciły mnie do tego, aby tam wrócić. Dopiero po wielu latach – bo stosunkowo późno zacząłem się wspinać – powróciło to do mnie. Od razu natomiast poświęciłem temu sto procent swojego czasu. Kiedy? Nie do końca zdawałem sobie sprawy jak ważne są dla mnie góry. W pewnym momencie pojawiła się we mnie nostalgia, pewnie jeszcze w liceum. Zacząłem tam jeździć, natomiast na dobre wszystko rozkręciło się na studiach. Byłem na filozofii i wziąłem urlop dziekański – stwierdziłem, że przez rok chcę pomieszkać w górach. Pojechałem w Bieszczady, co uświadomiło mi, że to otoczenie jest dla mnie. Tam podjąłem kluczowe decyzje na temat tego, że chciałbym się później wspinać po górach drogami wspinaczkowymi. To wszystko rozegrało się w mojej głowie, nikt nie zabrał mnie na żaden szczyt. Co dają ci góry? Tam wszystkie rzeczy dzieją się naprawdę. Nie ma konwenansów, udawania, to pierwotny świat. Nie ma miejsca na błędy, trzeba dążyć do perfekcji w tym, co się robi. Naprawdę jest zimno, naprawdę człowiek się boi, naprawdę słońce świeci w oczy do granic bezpieczeństwa. Prawdziwa jest też przyjaźń i śmierć. Wszystko jest namacalne i bardzo blisko. Wydaje mi się, że każdy człowiek ma taką tęsknotę za prawdziwymi wartościami. To dla ciebie sport czy turystyka? Część wspinaczy wyrasta ze sportu i środowiska sportowego, mi bliżej do turystyki. Ważniejsza jest dla mnie przygoda a nie wynik. Oczywiście poziom sportowy w pewnym momencie nabrał znaczenia i zaczęło mi na nim zależeć – jest we mnie obecny duch sportowy i chęć poprawy wyników, mierzenia się z trudnościami, chęć porównania się z innymi. Nie jestem niezależny czy wolny od konkurencji. Góry dają mi właśnie to: skrajny realizm i sportowego ducha. Jak z Bieszczad trafiłeś w trudniejsze miejsca? Kiedy chodzenie zmieniło się we wspinaczkę? W Bieszczadach w Schronisku pod Małą Rawką, poznałem ludzi, którzy się wspinali, jeździli w wyższe góry i to mnie zainspirowało. Wcześniej chodziłem już trochę po Tatrach i pozwalałem sobie na łatwiejsze drogi wspinaczkowe, nie wymagające ode mnie znajomości technik asekuracyjnych. Po zakończeniu urlopu dziekańskiego zrobiłem kurs skałkowy, potem taternicki, następnie taternicki drugiego stopnia. Pomyślałem, że skoro tak późno się wspinam, muszę nadrobić ten stracony czas. A kursy na pewno minimalizują ilość własnych błędów, na których człowiek się uczy, a więc chodzi nie tylko o czas, ale też bezpieczeństwo. Fisher Towers w stanie Utah, fot. Małgosia Lebda. Chciałeś być bliżej gór? Wiedziałem, że jeśli chcę się tym zająć na serio, muszę zamieszkać na południu Polski. Najpierw wyjechałem na pięć miesięcy na Alaskę, żeby zobaczyć to miejsce, ale też tam zarobić. Spędziłem tam bardzo udany sezon wspinaczkowy. Po powrocie, jako świeżo upieczony magister filozofii byłem gotów robić wszystko. Traf chciał, że znalazłem bardzo fajną pracę w Murowańcu, górskim schronisku. Przez tydzień pracowałem, a kolejny tydzień miałem wolny i tak cały czas. Spędziłem intensywny rok – częstotliwość z jaką się tam wspinałem mogłaby obdzielić początkującego wspinacza na cztery sezony. Robiłem to non stop. Ile byłeś w Murowańcu? Rok. Potem pojechałem do Krakowa, gdzie poznałem swoją przyszłą żonę. To miasto również jest bardzo dobrym miejscem, bo daje możliwość codziennego jeżdżenia w skały, ma infrastrukturę, która sprzyja treningowi wspinaczkowemu, a nad ranem w Tatry jedzie się stamtąd w godzinę i piętnaście minut. Powiedziałeś, że w pewnym momencie postanowiłeś zająć się wspinaniem „na serio”. Co to znaczy? Jeżeli chce się chodzić na trudne drogi wspinaczkowe, ściany o dużej powadze, gdzie możliwości asekuracji są słabsze albo chce się robić przejścia bez asekuracji, trzeba to robić często, żeby nabrać biegłości. Nie mam na myśli wypraw czysto turystycznych, ale w momencie, kiedy pojawia się możliwość zagrożenia życia, zagrożenia błędu, trzeba być w tym specjalistą – trzeba spędzać w górach co najmniej 120-150 dni w roku, nie licząc treningów na sztucznych ściankach i skałach. To wchodzi w krew. Z drugiej strony pojawia się ryzyko wpadnięcia w rutynę. Koncentracja to we wspinaniu podstawa. Po Tatrach chciałeś wchodzić wyżej? Myślałem o tym od początku mojej przygody ze wspinaniem. Dużo rozmawiałem o najwyższych górach – Karakorum, Himalajach – które zawładają umysłem. Wiedziałem, że w tamtym momencie, w 2006 roku, było jeszcze sześć niezdobytych zimą ośmiotysięczników, a wszystkie do tamtego czasu były zdobyte w tej porze roku przez Polaków. To taka narodowa specjalność: dużo cierpienia i tak dalej (śmiech). Bardzo zawładnęła mną myśl o K2 – to mityczna i niebezpieczna góra, na którą nikt nigdy nie wszedł zimą. Do dziś jest jedynym ośmiotysięcznikiem, który nie ma zimowego wejścia a do tego jest to drugi najwyższy szczyt świata. Praktycznie od początku o tym marzyłem, ale chciałem przejść klasyczną drogę wspinacza – wspinać się bardzo dużo, „robić metry”, wspinanie skalne, wspinanie w górach, wspinanie zimą, zdobywanie doświadczenia wysokościowego – żeby zobaczyć jak reaguje organizm na brak tlenu. Potem poznałeś Artura Hajzera, twórcę i szefa programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015. Zaproponował mi wyjazd w Himalaje. Nie osiągnąłem tam wielkiego sukcesu, ale na pewno zdobyłem kolejne doświadczenia, poznałem dobrze swój organizm i czuję, że to teraz procentuje, chociaż cały czas jestem na drodze nauki. To jest to dążenie do perfekcji i ciągłe wynajdywanie swoich braków – bardzo tego potrzebuję. Jeden z pierwszych sezonow w Tatrach, fot. Jędrzej Myśliński. Czym różni się organizowanie wyprawy zima od tej latem? Paradoksalnie latem jest więcej śniegu. Zimą wiatr jest tak mocny, że śnieg wywiewa. Zostaje szary lód. Zimą ginie mniej ludzi, jest mniejsze zagrożenie lawinowe, ale jest tak cholernie zimno – temperatury osiągają -40 czy -50 stopni – że to bardzo paraliżuje ruch. De facto nie byłem nigdy na wyprawie zimowej na ośmiotysięczniku. Najwyższe góry, na których wspinałem się zimą to Alpy. Ale przyznam, że z czasem ta zima w górach wysokich przestała mnie interesować. Dlaczego? Zrozumiałem, że istotą alpinizmu jest przejście trudnej ściany w jak najbardziej sprzyjających warunkach. A więc musi być jak najlepsza pogoda, jak najbardziej logiczna linia przejścia – zima jest tego zaprzeczeniem. Co było twoim sukcesem w Himalajach? Moja pierwsza wyprawa na Makalu skończyła się akcją ratunkową, w której udało się uratować dwóch kolegów, u których później doszło do licznych amputacji. Byli w nią zaangażowani ratownicy szerpańscy. To coś, co zostawiło we mnie bliznę. W następnych latach wziąłem udział w wyprawie na Broad Peak Middle, gdzie podjęliśmy decyzję o powrocie sześćdziesiąt metrów od szczytu, za sprawą mojej decyzji. Oceniłem, że poruszamy się zbyt wolno, grań do zjazdu jest bardzo niebezpieczna. Jedyne wejście, w 1975 roku, polskie z resztą, zakończyło się śmiercią kilku uczestników powodu kruchej skały. To wszystko miałem z tyłu głowy i bardzo blisko szczytu podjąłem decyzję o odwrocie. Niedawno byłem na wyprawie na Shivling w Himalajach Gharwalu w Indiach, gdzie działaliśmy w trzech niezależnych zespołach, ale w jednym z nich – na ścianie obok – doszło do wypadków śmiertelnych. Moje doświadczenia z Himalajami są dosyć ciężkie i na razie można powiedzieć, że pobrałem solidne lekcje. Czym więc jest sukces we wspinaniu? Mówi się, że nie sztuką jest wejść na szczyt, ale trzeba z niego zejść. Sukces ma kilka wymiarów. Stricte sportowym sukcesem jest poprowadzenie czy też powtórzenie drogi, szczęśliwe zejście. Istotą wspinania jest jednak współpraca, partnerstwo, poświęcenie, rozumienie potrzeb drugiej osoby. Jest lista celów każdej wyprawy: wrócić w komplecie, jako grupa przyjaciół, a dopiero kolejne to cele sportowe. Podzielam ten pogląd. Samo wejście na szczyt, ukończenie drogi czy odwrót kilkadziesiąt metrów przed szczytem to indywidualne wartości ważne dla nas czy naszych ambicji. Natomiast wydaje mi się, że jedzie się po to, żeby próbować, spędzać tam czas, wspinać się. Sam fakt wspinania, bycia “w drodze” najważniejszy. A co, kiedy trzeba się cofnąć? Jedna osoba nie da rady i podejmujecie taką decyzję? Jeżeli jest możliwość bezpiecznego odwrotu części zespołu to nie jest to żadna zdrada, nawet jest to wskazane: część realizuje plan, a część dba o to, żeby zadośćuczynić potrzebom kogoś słabszego czy chorego. Na pewno złą sytuacją jest, kiedy trzeba jak najwięcej rąk, żeby sprowadzić kogoś na dół, a ktoś inny kontynuuje atak na szczyt. Broad Peak Middle jest trzydzieści metrów niższy od głównego wierzchołka Broad Peak, znajdującego się w tym masywie, ale jest znacznie trudniejszy i bardziej skalisty. Na główny wierzchołek wchodzi się bez większych trudności, tutaj jest o wiele trudniej. W latach siedemdziesiątych to był największy poziom trudności, jaki człowiek pokonał na takiej wysokości. Mieliśmy zespół trójkowy, więc konfiguracja nie umożliwiała, aby ktoś zszedł bezpiecznie, a jednocześnie ktoś wszedł – ktoś musiałby zostać sam. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? W zespole jest tak, że jeśli jedna osoba uzna, że nie powinniśmy wchodzić wyżej to reszta – jeśli są dobrymi partnerami – musi go posłuchać. Właśnie dzięki takim szybkim, prawidłowym decyzjom i zrozumieniu pozostałych członków zespołu zjechaliśmy bezpiecznie i tego samego wieczora byliśmy na obozie trzecim na wysokości 7100 metrów. Można powiedzieć, że cała wyprawa jest bez historii, w tym również bez złej historii. Na przełęczy Broad Col (7850 m npm), w drodze na Broad Peak Middle, Archiwum Kacpra. Mówiąc „bez historii” masz na myśli to, że nie udało się wejść na szczyt? Celem zastępczym było wejście na główny wierzchołek Broad Peak i to się udało innej trójce. Fajnie było wrócić z poczuciem, że coś się zrealizowało. Natomiast umówmy się, że w dzisiejszych czasach wejście normalną drogą na ośmiotysięcznik w pełnym sezonie nie należy już do wyczynów sportowych. To osobiste sukcesy poszczególnych osób. Ja uważam, że wyprawa nie odniosła sportowego sukcesu, ale zrealizowała te dwa pierwsze punkty, o których wspomniałem: wróciliśmy wszyscy i w dobrej komitywie. W Himalaje jedzie się długo, musisz przejść przez kilka obozów. Cała wyprawa trwa kilka tygodni. Masz szczyt na wyciągnięcie ręki, jesteś na końcu i decydujesz o odwrocie. Co ma się wtedy w głowie? To bardzo trudne decyzje, przeżywa się duże rozterki. Ale zawsze po udanym wycofie – a miałem bardziej skomplikowane wycofy w życiu – mam poczucie niedosytu, ale jednocześnie satysfakcji, że udało się zrealizować jakąś akcję bezpiecznie. Muszę powiedzieć, że te endorfiny buzują w człowieku tak samo jak po wejściu na szczyt. Poczucie panowania nad sytuacją jest najważniejsze i ono daje szczęście. Jak przygotowujesz się do wyprawy w Himalaje? Nie przygotowuję się jakoś szczególnie ponieważ jestem w ruchu cały czas. Nie ma tygodnia, w którym nie byłbym w Tatrach, bardzo dobrze się prowadzę, jeśli chodzi o rozrywki i używki. Na pewno należy być w bardzo dobrej formie aerobowej, czyli mieć odpowiednią wydolność organizmu. Należy przejść badania, spojrzeć w siebie, żeby zobaczyć czy trzeba jeszcze pobiegać czy powspinać, jeśli należy wzmocnić jakieś konkretne partie ciała oraz sprawdzić, czy ma się odpowiedni sprzęt. Amplituda temperatur na południowo-zachodniej stronie stoku Broad Peak jest bardzo duża: w namiocie latem w ciągu dnia może być 40 stopni a w nocy -20. Trzeba być na to przygotowanym. Ważne jest też odżywianie, to co ci smakuje na określonej wysokości. Bycie tak wysoko jest porównywalne ze stanem ciężkiego kaca: czasem nie chce się pić, wszystko jest spowolnione, nie masz ochoty na nic, nie wiesz co zrobić, żeby poczuć się lepiej. Trzeba znać swój organizm, wiedzieć, co pomoże w takiej sytuacji – tę wiedzę nabywa się latami. Ile trwa wyprawa na ośmiotysięcznik? Trzeba liczyć od półtora do dwóch miesięcy od drzwi do drzwi domu. Samo wejście zajmuje około czterech tygodni na wysoki ośmiotysięcznik a około trzech na niski, do 8200 metrów. Nie byłem na wysokości powyżej 8000 i podobno między tymi niskimi a wysokimi jest kolosalna różnica. Z perspektywy poziomu morza wydaje się, że to zaledwie kilkaset metrów, ale to inny świat. Jakie jest polskie środowisko wspinaczkowe? Są bohaterowie pozytywni i negatywni, są kłótnie i przyjaźnie, zdarzają się sytuacje, gdy ktoś komuś wbija nóż w plecy – nie jest to nieskazitelna brać. Ale warto oddzielać przyjaciół od kolegów, wiedzieć od kogo czego można oczekiwać. Wydaje mi się, że pomimo tego to zwyczajni ludzie ze wszystkimi zaletami i wadami, jakie mają wszyscy. Jest rywalizacja? Zdecydowanie. Być może większość – jestem prawie przekonany – powie, że z nikim nie rywalizuje, ale coś takiego się czuje. A widać to teraz, w dobie Facebooka, kiedy na bieżąco ludzie często skaczą tam sobie do gardła. Są odważniejsi tam albo na forach internetowych, gdzie pozwalają sobie na więcej niż są w stanie powiedzieć prosto w twarz. Są niesprawiedliwe oceny, oskarżenia, sportowa zazdrość i niespełnione ambicje, ale też kwestie charakteru. Skończył się Program Polski Himalaizm Zimowy, który funkcjonował w latach 2010-2015. Co dalej? Artur Hajzer, pomysłodawca i kierownik tego projektu zginął w 2013 roku. Schedę przejął po nim jego wspólnik i partner wspinaczkowy, Janusz Majer, który ten program kontynuuje, ale już pod nazwą „Polskie Himalaje”. Nie chodzi tylko o zdobycie zimowe szczytu K2, ale również o przejście szeregu trudnych ścian, ale też pomoc w logistyce i umożliwienie polskim wspinaczom wspinania na najtrudniejszych ścianach świata. Widok ze stoków Broad Peak, widok na K2, fot. Alex Gavan. Co w tym momencie oceniasz jako swój największy sukces? Mam szereg przejść w Tatrach, które dały mi najwięcej satysfakcji. Nie wiem, jak one są odbierane, ale nie to definiuje sukces. W Alpach z kilkunastu ścian, które udało mi się przejść zimą, największą przygodą była północna ściana Eigeru. To najbardziej znana góra w historii alpinizmu ekstremalnego, na punkcie której obsesję miał już Hitler – bardzo chciał, żeby została zdobyta przez wspinaczy III Rzeszy… Robiłem trudniejsze rzeczy, natomiast tę ścianę uważam za swoją największą przygodę. Jakie masz najbliższe plany? K2? Raczej chciałbym poprowadzić jakąś piękną drogę tam lub na innym wysokim szczycie, taką której nikt wcześniej nie przeszedł. Chciałbym jak najdłużej się wspinać i czerpać z tego jak najwięcej radości. Nie odróżniam wspinania od życia: życie jest wspinaniem, a wspinanie życiem. Nie zmierzam do konkretnych celów, ale to, co robię jest celem, do którego doszedłem. Podchodzisz do wspinania w sposób rozważny. Jest w tym dużo instynktu samozachowawczego, popartego doświadczeniem. Myślę, że każdy, kto się wspina i nadal żyje, powie to samo. Mam jeszcze wiele słabych stron, nad którymi pracuję. To łączy się z tym, że wycofy, akcje, które nie udały się sportowo, ale udały się decyzyjnie nie raz sprawiły, że byłem z siebie dumny, bo podjąłem taką a nie inną decyzję. Wchodzi się wtedy, kiedy pozwalają na to wszystkie okoliczności: forma, pogody i warunki. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby umieć się zachować, a nie tylko wejść. Wspinanie to coś więcej niż hobby? Nie traktuję wspinania jako formy spędzania wolnego czasu. Ustawiłem pod to całe życie, zarówno zawodowe jak i rodzinne, więc na pewno jest to coś więcej. Wszystkie plany i większość marzeń jest ukierunkowanych na wspinanie. Być może jest to jakiś rodzaj obsesji czy uzależnienia. Zdaję sobie sprawę, że może nie brzmieć to dobrze (śmiech), ale traktuję to na poważnie. Co w górach jest najważniejsze? Bycie w górach jest celem samym w sobie. Góry to jedyne miejsce, w którym czuję, że nie marnuję czasu, jestem na właściwym miejscu. Jednocześnie wiem, że wymaga to ode mnie szeregu cech, dzięki którym mogę się wreszcie zaprezentować… przed samym sobą. Spełniam swój potencjał, jestem wtedy najlepszą osobą jaką mogę być. [white_box] *Kacper Tekieli to członek Klubu Wysokogórskiego Trójmiasto, instruktor wspinaczki sportowej, zamieszkały w Krakowie. Wspinał się w górach USA i Alpach. W Tatrach przeszedł blisko 100 dróg, w tym około 60 zimowych, wielokrotnie w samotnym stylu. W 2010 roku w ramach VI International Elbrus Race, wbiegł na najwyższy szczyt Rosji w niecałe 5 godzin. Od 2010 roku uczestnik programu „Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015” w ramach którego wziął udział w wyprawach na Makalu (8463m) i Broad Peak Middle (8016m). [/white_box]
Kacper Tekieli jest świeżo upieczonym mężem Justyny Kowalczyk. Polska multimedalistka olimpijska wyszła za mąż w czwartek 25 września. Kim jest mąż Justyny Kowalczyk - Kacper Tekieli? Przedstawiamy jego sylwetkę: wiek, zdjęcia, Instagram. Kacper Tekieli – kim jest? Chcesz być na bieżąco? Śledź Radio ZET - SPORT na Facebooku Kacper Tekieli - kim jest mąż Justyny Kowalczyk? Kacper Tekieli – SYLWETKA. To tylko jedno z pytań zadawanych przez polskich fanów najlepszej biegaczki narciarskiej w kraju. Poniżej przedstawiamy, kim jest Kacper Tekieli, mąż Justyny Tekieli - mąż Justyny Kowalczyk [SYLWETKA]Kacper Tekieli po raz pierwszy pojawił się publicznie u boku Justyny Kowalczyk na październikowej gali 100-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Już wtedy widać było, że mężczyzna nie jest tylko przyjacielem byłej biegaczki narciarskiej, ponieważ para trzymała się za Kowalczyk wychodzi za mąż [ZDJĘCIA]Kacper Tekieli: Wiek, zdjęcia, Instagram. Kim jest mąż Justyny Kowalczyk?Kacper Tekieli ma 36 lat i pochodzi z Gdańska. Studiował filozofię, którą ukończył z dyplomem magistra. Później przeniósł się do Krakowa. Po przeprowadzce Tekieli zafascynował się wspinaczką, gdzie w pierwszej wyprawie udał się w Bieszczady. Kilkukrotnie wspinał się na szczytach Tatr, Alp i Himalajów. W swoim dorobku ma także wyprawy w Colorado w USA. Razem z Adamem Bielecki i Jackiem Czechem zdobył szczyt Matterhorn. Aktualnie jest też instruktorem wspinaczki sportowej. Można go znaleźć na Instagramie pod nickiem @kacpertekieli. - W górach wszystkie rzeczy dzieją się naprawdę. Nie ma konwenansów, udawania, to pierwotny świat. Nie ma miejsca na błędy, trzeba dążyć do perfekcji w tym, co się robi. Naprawdę jest zimno, naprawdę człowiek się boi, naprawdę słońce świeci w oczy do granic bezpieczeństwa. Prawdziwa jest też przyjaźń i śmierć. Wszystko jest namacalne i bardzo blisko. Wydaje mi się, że każdy człowiek ma taką tęsknotę za prawdziwymi wartościami - tak o swojej pasji wypowiada się Kacper Tekieli specjalizuje się w wejściach w ekspresowym tempie. Wbiegnięcie na najwyższy szczyt Kaukazu (Elbrus – 5642 m zajęło mu niecałe pięć godzin. W 2018 roku Kacper Tekieli wziął udział w międzynarodowej wyprawie, której zadaniem było wyznaczenie nowej drogi na Broad Peak. Wówczas w trakcie poprowadzenia nowej trasy ucierpiał Stando Vrba, któremu na pomoc natychmiast ruszyli przebywający na K2 Andrzej Bargiel i Janusz
kacper tekieli małgorzata lebda